Gospodyni nr 4/2019 Sprawdź, o czym piszemy w nowym numerze




Pomagając innym, pomagamy sobie, bo stajemy się lepszymi ludźmi. Powrót do listy

Współczesnym małym i średnim gospodarstwom rolnym, które realizują się jednokierunkowo, coraz trudniej jest utrzymać się na rynku, zachować odpowiedni poziom życia. Pomysłem na poszerzenie działalności może być agroturystyka, tym bardziej że wśród tzw. mieszczuchów rośnie zapotrzebowanie na kontakt ze wsią, przyrodą, ale także zaciekawienie pracami, zwierzętami na wsi. Poznajmy Sarę i Arkadiusza Pstrongów – gospodarzy Fundacji i Gospodarstwa Opiekuńczego Toskania Kociewska, ludzi, którzy pozostając wiernym sobie i swoim przekonaniom, stworzyli niezwykłe miejsce dla ludzi i zwierząt. Są jednym z gospodarstw, które przystąpiły do programu „Zielona Opieka”, inicjowanego przez Kujawsko-Pomorski Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Minikowie – takim, które po wygaśnięciu programu wciąż kontynuuje działalność opiekuńczą.

Wcale nie trzeba wyjeżdżać za granicę, by trafić do Toskanii. Będąc na Kociewiu, etnograficzno-kulturowym regionie Pomorza Gdańskiego (administracyjnie należącym do województwa kujawsko-pomorskiego), trafiamy do urokliwej krainy o pięknie ukształtowanym terenie. Zieleń lasów, wplecione w liczne pagórki pola i kolorowe łąki – wszystko to wielu osobomnieodparcie kojarzy się właśnie z Toskanią.

A tymczasem jesteśmy w Polsce, na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Dolnej Wisły. Jedna z („światowych”) dr.g – Nowa Ameryka – wiedzie do królestwa państwa Pstrongów: do Toskanii Kociewskiej, jak nazwali swoje 30-hektarowe gospodarstwo. Jego gospodynią jest Sara Valentini Pstrong – rodowita Włoszka.

Włoskie korzenie

Sara urodziła się w pięknej Wenecji. A skąd się wzięła na Kociewiu? Przyjechała pewnego dnia ze swoim późniejszym mężem Arkadiuszem na drugi ślub jego ojca. Dla obojga ten wyjazd był niesamowitym przeżyciem, bo Arek wrócił tu po prawie 20 latach nieobecności (dotąd również mieszkał we Włoszech, bo gdzież lepiej mógł się kształcić w zawodzie śpiewaka operowego?). Był przyjemnie zaskoczony zmianami, które zastał. Sarę natomiast zachwyciła zieleń tego nieznanego dla niej kraju i przede wszystkim drzewa, a także niesamowite wierzenia i legendy z nimi związane. Być może to miejsce ich wybrało? W każdym razie nie chciało im się opuszczać Kociewia. Wyjazd się więc przedłużył. W dodatku okazało się, że Sara zaszła w ciążę – w momencie gdy po 8-letnich staraniach stracili z Arkiem nadzieję na własne dziecko. Tutejszy klimat wyjątkowo więc im sprzyjał. I jeszcze lekarz orzekł, że podróż powrotna do Włoch mogłaby mieć negatywny wpływ na przebieg ciąży. Dlatego zdecydowali się tymczasowo zatrzymać w domu matki Arka. Zaczęli rozglądać się po okolicy, aż przypadkiem trafili do Bochlina. Sara zauważyła, że jest tu jak w Toskanii. Arek zapytał więc – niby żartem – tamtejszego właściciela gospodarstwa, czy myślał o sprzedaży swej posiadłości. Gospodarz w podobnym tonie odpowiedział z pomorska, że „jo”. I tak po półgodzinnej luźnej pogawędce… dobili targu. To był 2009 r. Przez następne 2 lata – już jako państwo Pstrongowie – spłacali gospodarstwo, moszcząc swoje rodzinne gniazdko i jednocześnie zamykając sprawy biznesowe we Włoszech. Na Kociewiu urodził się Edek, później przyszła na świat Arianna. Wkrótce do rodziny dołączył też samotnie mieszkający dotąd we Włoszech ojciec Sary – maestro Antonio.

Cenny bagaż doświadczeń

Sara przyjechała do Polski z bagażem wiedzy i doświadczeń związanych z zawodem weterynarza. Po studiach stwierdziła, że sam zawód weterynarza jej jednak nie zadowala – zwierzęta, którym pomagała, kojarzyły ją przede wszystkim z zastrzykami, a więc jednak bólem. O nie! – nie chciała, by jedynie się jej bały czy nawet uciekały na jej widok. I tak zaczęła szkolić się w kierunku animaloterapii. Od zawsze kochała zwierzęta, więc traktowała je z szacunkiem, a specjalizacja jeszcze wzmocniła profesjonalne do nich podejście. Sara zyskała też tym sposobem odpowiednie przygotowanie do pracy terapeutycznej przy udziale zwierząt. Okazało się, że może pomagać nie tylko zwierzętom, ale także ludziom. Nie od dziś wiadomo, że odpowiednie relacje ze zwierzętami mają zbawienny wpływ na psychikę dzieci, dorosłych, na osoby niepełnosprawne, chore czy wykluczone (np. na tzw. trudną młodzież czy więźniów). Tak samo wszystkie terapie wspomagające przy udziale zwierząt – choć oczywiście nie zastępują terapii właściwej, to w unikalny sposób uzupełniają inne metody rehabilitacji. Prowadzenie animaloterapii było więc czymś dla niej. Wkrótce zajęła się bardziej szczegółowymi specjalizacjami: uzyskała certyfikat do prowadzenia terapii z udziałem psów (dogoterapii) oraz osłów (niespotykanej dotąd w Polsce, a obecnej od przynajmniej 20 lat we Włoszech – onoterapii). 

„Człowiek nie powinien stronić od żadnej pracy, bo im więcej różnych zajęć się podejmuje, tym więcej ma doświadczenia i bogactwa w sobie – i tym więcej może zaproponować” – stwierdził Arek. I ta mądrość rzeczywiście była i jest jego dewizą życiową. Nie tylko więc śpiewem żył we Włoszech (przez krótki czas też w Stanach Zjednoczonych) – parał się różnymi zajęciami. Niezapomnianym doświadczeniem była praca w przytułku dla ludzi bezdomnych, bezrobotnych, wykluczonych. Poznał osoby, które wiele przeszły, doświadczyły r.żnych dramatów życiowych. Uświadomiły mu, jak niewiele trzeba, by w jednej chwili spaść z piedestału. Zauważył wówczas, że wielu osobom można było pomóc, okazując po prostu zainteresowanie, pomagając przez… prośbę o pomoc w drobnym zajęciach gospodarstwa domowego. I tak powoli przywracając społeczeństwu.

Arkowi – późniejszemu rolnikowi z Kociewa – przydało się też doświadczenie biznesowe. Prowadził np. agencję artystyczną dla śpiewaków operowych, restaurację, też hotel typu „bad & breakfast” (co dosłownie po polsku znaczy ‘łóżko i śniadanie’). Obcował więc z różnymi ludźmi i różnymi środowiskami, przez co nabrał elastyczności w kontaktach. 

Oboje – Sarę i Arka – od zawsze łączyło upodobanie do przyrody i chęć bliższego z nią obcowania. Poznali się, gdy Arek, szukając stadniny koni, trafił do ojca Sary, który zajmował się hodowlą koni. Zaiskrzyło – i stali się parą. I zaczęli szukać dla siebie gospodarstwa we Włoszech. Żadne jednak im nie odpowiadało. Cóż, jeszcze nie wiedzieli, że takie miejsce już istnieje, ale daleko stąd – Kociewie na nich cierpliwie czekało, aż przyjadą i wykorzystają całe swe życiowe doświadczenie właśnie tu.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

Zamów egzemplarz lub prenumeratę.