Gospodyni nr 5/2017 Sprawdźcie o czym piszemy w nowym numerze




Nie stoję w miejscu Powrót do listy

Ewa Błaszczyk – w wywiadzie z nami mówi, że nie wolno się na cierpieniu zatrzymać. Że nie ma sensu grzęznąć w pytaniach: „Dlaczego ja?”. Trzeba ruszyć do przodu, rozejrzeć się za tym, co jest do zrobienia i po prostu zacząć działać. Czasem bardzo intensywnie. I przede wszystkim nie mieć wyrzutów sumienia z powodu tego, że żyjemy. Trzeba żyć, cieszyć się i chłonąć piękno świata. Bo tylko wtedy będziemy w stanie skutecznie pomóc innym.

Zastaję panią przy pracy. Dużo jej, pewnie za wiele pani nie śpi?

– Dziś akurat spałam wystarczająco. Ale jestem mniej  w formie, bo wczoraj obejrzałam film „Na granicy”. Wprowadził  mnie w nie najlepszy nastrój. Czuję się dziś jakaś  „poszarpana”. Nie zbudował mnie

Porozmawiajmy zatem o czymś milszym. Liczę, że wieś  wywołuje u pani pozytywne emocje.

– Kojarzę ją raczej z czasem dzieciństwa. Z poczuciem  bezpieczeństwa, rodziną, zapachem powietrza, upałem,  zwierzętami. Miałam na wsi wujka, który zawsze hodował  króliki, kury, psy, koty. Kot wkładał psu głowę w pysk,  wszystko było jakieś przyjazne. Taka dobra emocjonalna baza na całe życie. Wszystkie dzieci w rodzinie uwielbiały tam jeździć, kolejne pokolenia. Teraz już nie ma tego miejsca, ludzie poodchodzili.

 Mówi pani o wspomnianym w pani ostatniej książce Jastrzębiu?

– Tak, Jastrząb pod Radomiem. Było masło, mleko prosto od krowy. Mleko lubiłam, zwłaszcza ciepłe, z pianką. Podobnie jak uwielbiałam chodzić do piekarni po chleb. Musieliśmy rzucać tym chlebem, łapać go jak piłkę, bo był tak gorący, że parzył. Zdarzało mi się wracać z bochenkiem odartym na końcach – nie można się było powstrzymać, żeby nie oderwać kawałka skórki. I tolerancyjna babcia, która mówiła tylko: „No!”.

Pewnie babcia ze strony mamy...

– Miałam dwie babcie w jednej miejscowości. Mama była z Radomia, tata z Warszawy. Losy wojny rzuciły te rodziny w jedno miejsce. Po wojnie jedni i drudzy dziadkowie tam zostali. To było super, bo unikało się rozdarcia i głupich pytań w stylu: „A kogo kochasz bardziej?”. Obie były tolerancyjne, dlatego było tak słodko. Żadna z nich nie pochodziła ze wsi, ale obie tam zostały. Nawet brat mojej mamy tam został, ożenił się z nauczycielką uczącą w wiejskiej szkole.

Jak reaguje pani na pytania o to, kim pani dzisiaj jest?

– Ojej, takie pytania są dla mnie za trudne. Nie zastanawiam się nad tym, jestem zadaniowcem. To mam zrobić, tamto mam zrobić. To jest do ogarnięcia, tamto do ogarnięcia. No i przebieram nóżkami i staram się ogarnąć.

Ma pani poczucie, że jest pani w tym wszystkim jakoś sama?

– W tej najgłębszej warstwie – na pewno. Ale jestem otoczona ludźmi, różnymi energiami i wiele się dzieje. Bo przecież jest i śpiewanie, i teatr, i film, za każdym razem inne środowisko, więc to się kotłuje. Albo szpital i nowe naukowe metody, które trzeba w Polsce wdrożyć. Na szczęście już odpadła budowa, nie mam na głowie technicznych spraw. Teraz myślimy już o Budziku dla dorosłych. A mózg to ciągle tajemnica. Ciągle wiemy mało. Bo gdzie jest świadomość?

Ma pani poczucie, że wiedza medyczna daje coraz więcej komfortu czy też coraz więcej niewiadomych?

– Jak się w coś wchodzi, to dopiero sobie człowiek zaczyna zdawać sprawę z tego, ile nie wie. O funkcjach mózgu ciągle niewiele wiemy. Może nowe narzędzia coś pokażą.

W planach jest klinika, która miałaby budzić dorosłych...

– Czekamy na posunięcia urzędników. Mamy program wybudzania dorosłych. Zrodził się z ogromnej potrzeby. Mamy wiele telefonów do fundacji i do Budzika. Chodzi o ludzi w wieku 18 i pół roku, 20, 24 lat. To są zwykle młodzi kierowcy i młodzi motocykliści – przyczyną śpiączek jest brawura i jej konsekwencje, czyli wypadki komunikacyjne. Ale są też gorsze sytuacje. Powieszenia z powodu zawiedzionych miłości – to się zdarza zwłaszcza mężczyznom. Mamy w Budziku takich chłopców. To gorsza sytuacja, bo tu ma miejsce niedotlenienie całego mózgu, a nie lokalne uszkodzenie, jak zwykle w wypadkach. Nasz program dla dorosłych ma już pozytywną opinię Agencji Technologii Medycznych. Teraz już tylko minister zdrowia musi wydać odpowiednie rozporządzenie i zaliczyć to w koszyk świadczeń gwarantowanych. Wtedy szpital, który będzie się tym zajmować, szpital w Olsztynie z profesorem Wojciechem Maksymowiczem, może podpisywać kontrakt. Tu ważny jest czas, są pacjenci, którzy czekają, a bywa, że każdy dzień zwłoki czyni wybudzenie mniej prawdopodobnym. W Budziku wybudziło się już 25 osób. Czuję, że otacza nas dobra aura. Nie musimy się przedzierać z tematem śpiączki, ludzie mają większą świadomość.

W pani ostatniej książce sporo jest o nowoczesnych metodach, które są w stanie przywracać pacjentów życiu.

– Tak, z drugiej strony zajmujemy się przeszczepianiem zaawansowanej wiedzy medycznej na grunt polski, tak żeby nowoczesne terapie i zabiegi odbywały się u nas. Mają do nas właśnie przyjechać lekarze z Japonii. Z profesorem Wojciechem Maksymowiczem przeprowadzą cztery pierwsze w Polsce, eksperymentalne operacje wszczepu stymulatora uruchamiającego tzw. tylny sznur (część rdzenia kręgowego należąca do tzw. istoty białej – przyp. red.). Japończycy nie chcą za to pieniędzy, podobnie jak firma Boston, producent stymulatorów – cztery pierwsze fundują. Japończycy u siebie wykonali około dwustu takich operacji i mają w ich konsekwencji 60% wybudzeń, odzyskanych kontaktów ze światem, ze wstawaniem i chodzeniem włącznie. Wszystko już po tym półtorarocznym okresie bezskutecznego leczenia w stacji wybudzeniowej. U nas mówi się wtedy, że już nic nie można zrobić. Ale jeśli jest to stan tak zwanej minimalnej świadomości, a należy go odróżnić od stanu wegetatywnego, to świat wie, że zostaje jeszcze wszczepianie komórek macierzystych, a potem stymulatora.

Musi pani być bardzo odważna. Wracanie do traumatycznego zdarzenia i umiejętność opowiedzenia go z detalami wymaga odwagi.

– Czy ja wiem? Wydaje mi się, że to sprawa trwającego bardzo długo procesu. To przynosi ze sobą przemiany, dystans, inne spojrzenie. W którymś momencie już się nie tkwi tak organicznie w rozpaczy. Stwierdza się po prostu, że taki zapis losu. Wcześniej nie miałam takiej potrzeby opowiadania. Tuż po traumie trzeba się skupić na tym, żeby sprawy poszły do przodu, żeby się dało żyć. Zawsze się znajdą jakieś priorytety. Trzeba się przesiąść z tematu na temat i pilnować jakiejś drogi. A potem rzeczy dzieją się same. Trzeba tylko słuchać organizmu. Zawsze czuje się wcześniej, że coś się zamyka, coś otwiera. Że jedno się kończy, drugie zaczyna. Ja na przykład staram się słuchać tego, co czuję. Bo wtedy jest harmonia. Przeczuwa się pewne rzeczy, że teraz powinno nastąpić to, a teraz – tamto.

Przed popadnięciem w rozpacz ratowała panią niejednokrotnie praca.

– Lubię ją. Jest potrzebna. Chodzi o to, żeby był też czas intensywnej roboty. Ale kiedy wiem, że taka nadchodzi, musi być też pauza. Wtedy resetuję się do zera, bez wyrzutów sumienia robię „stop” i przewracam się z boku na bok przez cztery godziny. Żeby znów być gotową na napięcia, wyzwania, wysiłek. A tak w ogóle bardzo lubię pracować „nad poprzeczką”. Żeby komuś też zależało.

W książce pisze pani: „A kiedy już wszystko się stanie, wyobraźnia nieskończenie się poszerza. Granica przesuwa się tak daleko, że dopuszczamy myśl, iż nie tylko to, ale jeszcze inne rzeczy mogą nam zostać odebrane. A na końcu zostaniemy odebrani sami sobie”. Jest pani na etapie akceptacji tego faktu? I tego, że życie to jest czasem strata?

– Strata i cud. Warto to docenić. Ale to się dzieje. Widzę to, kiedy obserwuję wszystkich dotkniętych doświadczeniem utraty kontaktu z bliskim. Kiedy dziecko „wraca”, to widać, to jest niewerbalne, nie da się tego opowiedzieć, ale to się widzi w oczach rodziców i czuje się. Że to, co dane po raz drugi, jakby w sposób niewyobrażalny, jest więcej warte. I bardziej świadome. Bo „ten tylko się dowie, kto cię stracił”.

„...Poza tą dotykalną i widzialną istnieje jeszcze inna rzeczywistość...” – pisze pani w książce.

– Zawsze czułam, że „jest coś jeszcze”. Zdarzały mi się dziwne zbiegi okoliczności, przeczucia, sny. Ludzie, którzy tu ze mną pracują w fundacji, mogą potwierdzić, że coś nad nami czuwa. Zawsze, kiedy już wydawało się, że wszystko się posypie, nagle się układało. Jakbyśmy mieli jakąś ochronę. Czuję czyjąś obecność nad całym naszym projektem. Jakby to było jakieś zadanie. Ale o tym wszystkim nie bardzo da się powiedzieć ani tego napisać. To trochę tak, jakby zawołać, a echo – milczy.

Jakie uczucia pani towarzyszą, kiedy w pani klinice budzi się dziecko?

– Jak się budzi, to wspaniale. Radość, że się ludzie odnajdują, cieszą, że jest jakiś ratunek. Każdemu co innego pisane. My jesteśmy pyłkiem. A co się przydarzy pyłkowi? Nikt nie wie. Tak na to patrzę, bo inaczej bym była w jakimś buncie, w ciągłych pretensjach. A nie jestem. I nie było takiego czasu, wielokrotnie to mówiłam. Z tego nic nie wynika. Trzeba przyjąć, że jest to, co jest. I z tego punktu można wybrać drogę. Albo destrukcji, albo nadać temu jakiś sens, żeby się dało żyć. Poza tym jaki tu jest wybór? Jest siostra Oli, Mania, która chce żyć normalnie. Zresztą ja też chcę żyć! Co wyniknie z ciągłego rozważania: „Dlaczego?”. Jak wtedy wstać rano? Po co? Do czego?

Czasem świadomość cierpienia naszych bliskich sprawia, że powstrzymujemy się przed niektórymi działaniami. Zastanawiamy się, czy nam coś „wypada”, kiedy oni leżą unieruchomieni chorobą.

– A co to jest w ogóle za pytanie „Czy wypada?”.

W takim razie zapytam bez wstydu: lubi się pani ładnie ubrać?

– Lubię ładne sprzęty. Nie zwracam kompletnie uwagi na metki, na opakowania. Łączę ze sobą czasem rzeczy od czapy, bo tak mi się akurat podoba. Lubię dobrą architekturę, wnętrza, ogrody. Zawsze lubiłam. Ale jeśli z rozmowy z kimś wynika, że problemem XXI wieku jest cellulit, to nie potrafię brać w tym udziału.

A jak z gotowaniem? To też ulubione zajęcie?

– Nie gotuję. Nigdy nie miałam do tego drygu ani czasu. Ale lubię dobre jedzenie i wino. Znalazłam takie gdzieś we Włoszech. Wytrawne, a na końcu udaje, że jest słodkie. Lubię kluski, różne. Ale też makaron carbonara albo coś, w czym jest nawrzucane dużo warzyw. I obowiązkowo dużo żółtego, ciągnącego się sera w zapiekankach, czyli niekoniecznie zdrowo. A, i jajko. Posadzone, ale tak ledwo. Może być mało – ważne, żeby smacznie. Bardzo lubię usiąść z sympatycznymi ludźmi. W miłej atmosferze, z przyćmionym światłem. Jak się z ludzi wydobywa to fajne „coś”. Dlatego uwielbiałam kabaret. Że się szło do roboty o takiej dziwnej porze, kiedy już nie dzwonił telefon. Kiedy nie było już tej nerwowości. Jakość takiego spotkania jest inna. Albo kiedy ludzie rozmawiają ze sobą w nocy. To zupełnie inna rozmowa.

A propos dobrego jedzenia – kupuje pani żywność od gospodarzy?

– Taki mamy duży kraj, że powinniśmy być samowystarczalni. Jak się ma taką glebę, taką i taką – i góry, i morze, i jeziora – to powinniśmy kwitnąć. Małe firmy, firmy rodzinne – to daje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Co komu przeszkadza, żeby istniały małe gospodarstewka, które wyprodukują ser, kiełbasę? Często chodzę po targach ze stoiskami drobnych producentów, kupuję domowej roboty pierogi. Oczywiście chodzę też do centrum handlowego, ale to robię raz na jakiś czas. A tak na co dzień drobiazgi chciałabym kupować jak we francuskim filmie. Że wiem od kogo co. I można zapytać sprzedającego „Co słychać?”. Bo to znajomy.

Rozmawiała Karolina Kasperek

Ewa Błaszczyk – urodzona 15 października 1955 roku w Warszawie; polska aktorka teatralna, filmowa, pieśniarka. Zagrała m.in. w „Nadzorze” Wiesława Saniewskiego, ale znana jest też jako Kasia ze „Zmienników” Stanisława Barei. Od 16 lat, po tym, jak jedna z jej córek bliźniaczek uległa wypadkowi i zapadła w śpiączkę, nie ustaje w wysiłkach na rzecz ludzi w podobnej kondycji. Jest pomysłodawczynią i współtwórczynią kliniki Budzik. Na różne sposoby wspiera przeszczepianie najnowszych medycznych procedur i wiedzy na polski grunt.