Gospodyni nr 4/2019 Sprawdź, o czym piszemy w nowym numerze




Baba bacą – świat się kończy! Powrót do listy

W jej bacówce widać kobiecą rękę – firanki w oknach, na stole serwetki i od wiosny do jesieni kwiaty. Ale miła atmosfera tylko z pozoru sprawia, że praca na hali po 16 godzin na dobę staje się lżejsza i przyjemniejsza. – Nie życzę jej żadnej kobiecie. To ciężki kawałek chleba  – mówi Janina Rzepka, pierwsza w Polsce kobieta baca, która w młodości marzyła, by zostać położną.

Jakby twoje dziadki z grobu wstały i usłyszały, że ty, Janka, bacą jesteś, to by nazad umarły! – Tak fakt, że pierwsza kobieta w historii Podhala została bacą, podsumował jeden z gazdów.
Panią Janinę ta opinia trochę rozbawiła, ale też ucieszyła. Sprawiła również, że poczuła się odrobinę dumna. I choć nie uważa, że zmienia tym faktem historię i wyznacza nowe trendy, informacja o tym, że pierwsza kobieta wzięła udział w kursie, a później zdała państwowy egzamin czeladniczy na bacę, obiegła całą 

Polskę.

Od tej pory drzwi do domu Rzepków się nie zamykają. Odwiedzają ją dziennikarze z całej Polski. Dwukrotnie gościła u niej japońska telewizja. Jedna ze stacji chciała transmitować ślub jej córki. Inna zaprosiła panią Janinę do studia telewizji śniadaniowej. Dziś Janka z Brzegów, malutkiej wsi leżącej przy granicy ze Słowacją, uważana jest za ekspertkę w dziedzinie wytwarzania oscypków i strzyżenia owiec. Mimo woli stała się wizytówką regionu. Jednak nie dla sławy i popularności poszła na kurs. Tak naprawdę te dwa lata temu trafiła na szkolenie organizowane przez Małopolski Ośrodek Doradztwa Rolniczego i Spółdzielnię Producentów „Gazdowie” w zastępstwie męża.

– To życie przyniosło takie rozwiązanie. Teraz na wszystko trzeba mieć papier. A kurs był bezpłatny. Chłop zaniemógł, to poszłam ja. Trudno było nie skorzystać z takiej okazji – wyjaśnia pani Janina.

Nie rozumie, skąd ta sensacja. Jej zdaniem kobiety od zawsze pomagały przy wyrabianiu oscypków.

Pucy oscypki jak nikt

Owce są jak ludzie – każda ma inną mordkę i inny charakter. Pani Janina rozpoznaje je wszystkie. We własnym stadzie ma ich około 70. Zdarza się jednak, że na wiosnę na halach pod jej czujnym okiem wypasa się ponad 300 sztuk. A bywało, że powierzano jej nawet po 600 zwierząt. Gazdowie, którzy posiadają owce, ale nie mają czasu na ich wypas, ufają pani Janinie, choć jest kobietą. Na to ciężej niż mężczyzna musiała zapracować w tradycyjnej góralskiej
społeczności.

Jej życie w bacówce zaczęło się 24 lata temu, gdy w jej błękitnych oczach utonął Jędrek, przystojny młodzieniec z Cichego. To jego marzeniem była bacówka. Wzięli ślub. Zaczęły rodzić się dzieci. Nie zauważyła, kiedy to ona utonęła, ale nie w Jędrkowych oczach, a w domowych obowiązkach i pracy w bacówce. Pani Janina spędziła w niej już połowę życia. Na szczęście jest blisko domu, więc między wypasaniem owiec a „puceniem” oscypków i „zaklaganiem” mleka bieg-
nie do domu, by zająć się dziećmi. Ma ich czworo. Dwie córki są już dorosłe. Anię trzy lata temu wydała za mąż.

– To było tradycyjne góralskie wesele. Niemal przez tydzień bawiło się na nim ponad trzystu gości. Młoda para do kościoła jechała bryczką zaprzęgniętą w parę białych koni. Córka miała suknię stylizowaną na góralską, a zięć typowy góralski strój. Orszak ślubny składał się z kilkudziesięciu bryczek – opowiada pani Janina.

Ponoć ksiądz, który udzielał młodym ślubu, był tak wzruszony, że łza mu się w oku zakręciła. By nie być gołosłowną, pani Janina pokazuje album ze zdjęciami. Oprawiona w baranią skórę ozdabiana góralskimi motywami przepastna księga dowodzi opowieści. Na fotografiach widać gości weselnych ubranych w tradycyjne stroje góralskie. Pani Janina wraz z młodą parą zadbała o każdy szczegół uroczystości. Były więc tzw. bramy, przez które chcąc przejechać, weselny orszak musiał się wykupić. Na jednym ze zdjęć widać, jak drogę bryczkom zagradzają owce.

– To brama przygotowana przez moich juhasów – wyjaśnia pani Janina.

W domu jest jeszcze Jędrek i Staś.

– Szkoda, że nie są pełnoletni, bo pewnie oni by kursy kończyli i egzaminy zdawali – mówi baca, której synowie garną się do gazdowania.

W domu Rzepków wszystko chodzi jak w zegarku. Nie może być inaczej. Bo pracy jest bez liku. Obok stada owiec w gospodarstwie są jeszcze krowy i cztery konie. Dwa kare i dwa siwe. Starszy z synów jest już fiakrem. Cały sezon powozi bryczką, a zimą saniami. Obaj świetnie jeżdżą konno.

Do obowiązków rodzinnych należy jeszcze prowadzenie pensjonatu „U Joncoka”. Tak też nazywa się bacówka. Nazwa wzięła się od przydomka, jaki nosi ród Rzepków. Dwadzieścia pokoi czeka na gości niemal przez cały rok. Prowadzenie pensjonatu wymaga zaangażowania przede wszystkim od córek. One też przyjmują zamówienia na wytwarzane przez mamę certyfikowane oscypki, redykołkę i bryndzę podhalańską. Mają wielu stałych odbiorców. Zdarza się, że wysyłka trwa od świtu do nocy. Mimo nawału obowiązków gaździna znajduje czas na organizację pokazów i warsztów wyrobu tradycyjnych regionalnych produktów.

– Z tego się utrzymujemy, więc trzeba przykładać się do pracy –stwierdza pani Janina.

U Joncoka

Ciemny, zadymiony szałas na pół roku staje się miejscem pracy pani Janiny. W prawdzie chroni przed deszczem lub śniegiem, ale zdarza się, że z zimna grabieją w nim ręce.

Pani Janina sama obsługuje bacówkę. Szałas stoi przy drodze z Bukowiny Tatrzańskiej na Łysą Polanę. To popularny punkt na szlaku turystów zdążających w stronę Morskiego Oka. Ludzie przywykli już do widoku baby, zamiast chłopa w szałasie. I choć do pracy pani Janina nigdy nie chodzi w spódnicy, to, jak każda kobieta, lubi coś zmieniać w swoim wyglądzie. Mimo natłoku obowiązków na fryzjera i kosmetyczkę zawsze więc znajdzie czas.

– Sezon w bacówce zaczyna się, gdy stopnieją śniegi. U nas to przeważnie w okolicach świętego Wojciecha. Kończy się, gdy pojawia się pierwszy śnieg, czyli koło świętego Michała. Choć w tym roku spadł już w połowie września. Przez tydzień trzeba było przywozić na hale siano, by owce miały co jeść. Spędziliśmy je dopiero, jak puściły śniegi – opowiada pani Janina.

Nie śpi w bacówce. W nocy stada pilnują juhasi. Ona stawia się do pracy o szóstej rano. Razem z juhasami doi owce. Na wiosnę, gdy zaczynają się wykoty, zdarza się, że pomaga przy porodach.

– To ciężka praca, nie dla kobiet, choć w młodości marzyłam o tym, by być położną, więc w jakimś sensie robię to, co chciałam – wyjaśnia pani Janina.

O siódmej wpada na chwilę do domu, by wyprawić dzieci do szkoły. Później wraca do szałasu. Bierze się do „pucenia” oscypków, czyli wygniatania i wędzenia sera. W ciągu dnia robi ich około 30. Wraca do domu koło 22.00. Ale nie kładzie się spać. Realizuje jeszcze zamówienia, sprawdza, czy dzieci odrobiły lekcje i wykonały wszystkie obowiązki. Zimą może trochę odetchnąć. Jak wygląda Boże Narodzenie w rodzinie Rzepków?

– Zima to sezon turystyczny. Dom jest pełen gości. Staramy się, by byli zadowoleni. Dziewczyny podają więc wieczerzę w góralskich strojach. Wspólnie z gośćmi śpiewamy kolędy. Zdarza się, że my dopiero po dwudziestej drugiej zasiadamy do rodzinnej wigilii. Dzielimy się opłatkiem i razem idziemy na pasterkę. Dla nas w Wigilię najważniejsza jest ta msza. Na nią trzeba znaleźć czas. To, na szczęście, mimo nawału pracy nam się udaje – podsumowuje baca.

Dorota Słomczyńska

 

Galeria zdjęć